Czy naprawdę chcemy być silni?

Przez większość życia słyszymy, że powinniśmy być silni. Silna kobieta, silny charakter, silna psychika. Silny człowiek daje sobie radę, nie prosi, nie potrzebuje, nie przywiązuje się za bardzo. Podnosi się po upadku, otrzepuje kolana i idzie dalej. Najlepiej jeszcze z godnością, żeby nikt przypadkiem nie zauważył, że bolało. Tylko że czasami siła nie jest cechą charakteru. Czasami jest raną, która nauczyła się dobrze wyglądać.

grafika AI

Kiedy człowiek zostaje zraniony, jego psychika nie siada przy stole i nie opracowuje zdrowej strategii radzenia sobie z problemem. Mówi raczej: „To bolało. Więcej tego nie chcemy”. I zaczyna budować zabezpieczenia. Jedni uczą się kontrolować wszystko, inni przestają ufać, jeszcze inni żartują ze swoich emocji, zanim ktoś zdąży potraktować je poważnie. Są też tacy, którzy dochodzą do wniosku, że najbezpieczniej będzie po prostu nikogo nie potrzebować.

I właśnie tutaj siła może zamienić się w fortecę. To, co kiedyś pozwoliło nam przetrwać, po pewnym czasie zaczyna decydować o tym, jak żyjemy. Niezależność może stać się sposobem na unikanie bliskości, dystans sposobem na kontrolowanie ryzyka, a brak wrażliwości czymś, z czego jesteśmy wręcz dumni. Problem w tym, że forteca świetnie chroni przed wrogiem, ale jest raczej kiepskim miejscem do życia. Trudno do niej kogoś wpuścić. Jeszcze trudniej kogoś przytulić.

Dlatego mam czasem wątpliwość, czy naprawdę tak bardzo chcemy być silni. Może chcemy przede wszystkim nie być już więcej bezbronnym i uniknąć kolejnych ran.

Wiele o tym myślałam tworząc Czerwoną Salamandrę*.

Salamandra nie jest silna dlatego, że od zawsze była wojowniczką. Stała się silna, bo życie nie zostawiło jej specjalnie dużego wyboru. Za młodu straciła wszystkich bliskich i została całkiem sama ze wszystkimi problemami (ale hej, czy wielu z nas nie czuło się tak samo, mimo że teoretycznie bliscy byli obok?). Z czasem nauczyła się ukrywać blizny pod maską (w jej przypadku to była maska z materiału przykrywającego twarz, ale ilu z nas na co dzień nosi maski, które nie tak łatwo dostrzec?). Pozwalał jej to przybrać rolę silniejszej, odważniejszej kobiety – wojowniczki, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Jednocześnie mogła schować tę część siebie, która nadal była przestraszona i która najbardziej bała się, że ktoś zobaczy, jak bardzo została zraniona.

Maska stała się więc nie tylko sposobem na ukrycie twarzy. Stała się jej pancerzem. Z nią Salamandra mogła być silna, niezależna i nie potrzebować nikogo. Bo jeśli nikogo nie potrzebujesz, to nikogo nie stracisz. A skoro już raz straciła wszystko, trudno dziwić się, że taka logika wydawała jej się rozsądna.

Potem pojawił się Remarco. I zrobił coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż zakochanie się w niej: zobaczył ją bez maski i nadal uważał za piękną. Nie próbował naprawić jej blizn ani przekonać jej, że nie powinna się ich wstydzić. Po prostu zobaczył to, co ona przez lata próbowała ukrywać, i nie odwrócił wzroku.

Dla osoby, która całe życie budowała swoją siłę jako ochronę przed kolejną stratą, taka bliskość może być bardziej przerażająca niż samotność. Jeśli pozwolisz komuś zobaczyć siebie naprawdę, dajesz mu również możliwość zranienia cię. Salamandra zaczyna więc bać się nie tylko tego, że straci Remarco. Zaczyna bać się, że przy nim straci siłę, którą tak długo budowała.

I chyba właśnie to jest jedna z najbardziej przewrotnych rzeczy w bliskości: czasami nie boimy się, że druga osoba nas zrani. Boimy się, że przy niej nie będziemy już potrafili być samowystarczalni. Szczera relacja wymaga zburzenia muru, który sami w sobie postawiliśmy.

Remarco ma zresztą dokładnie ten sam problem, tylko zbudował sobie zupełnie inną fortecę. Kiedy był młody, złamał serce czarownicy, która rzuciła na niego klątwę: jeśli naprawdę się zakocha, zamieni się w popiół. Trudno o bardziej konkretny powód, żeby unikać bliskości. Remarco nauczył się więc nie angażować. Uwodził, flirtował i trzymał kobiety na bezpieczną odległość. Dopóki mu nie zależało, niczego nie mógł stracić.

Aż pojawiła się Salamandra – kobieta, o którą po raz pierwszy musiał naprawdę zabiegać. Silna, niezależna jednostka, która nie chciała na nim polegać i nie szukała w nim oparcia. I nagle jego strategia przestała działać. Po raz pierwszy od dawna pojawiło się coś, czego nie dało się kontrolować: zależało mu.

Dlatego ich historia nie jest dla mnie tylko opowieścią o dwojgu poranionych ludzi, którzy odnaleźli miłość. Bardziej interesuje mnie moment, w którym oboje odkrywają, że mechanizmy, które kiedyś ich chroniły, zaczynają im przeszkadzać. Ona musi nauczyć się, że potrzebowanie kogoś nie oznacza utraty siły. On – że zaangażowanie nie jest porażką, nawet jeśli oznacza ryzyko.

I może właśnie dlatego znaleźli siebie.

Nie dlatego, że jedno z nich było brakującą połową drugiego. Nie dlatego, że miłość magicznie uleczyła ich traumy. Znaleźli kogoś, przy kim nie musieli już bez przerwy być tymi wersjami siebie, które stworzyli po to, żeby przetrwać.

Może więc największą oznaką siły nie jest to, że potrafimy wszystko zrobić sami.

Może jest nią świadomość, że nie musimy.

Że możemy zdjąć zbroję, pokazać blizny, przyznać, że się boimy, i pozwolić komuś przez chwilę potrzymać ciężar razem z nami. Nie dlatego, że jesteśmy słabi. Tylko dlatego, że wreszcie czujemy się wystarczająco bezpiecznie, żeby nie musieć być silni przez cały czas.

*Ten tekst powstał przy okazji rozmyślań nad relacją Czerwonej Salamandry i Remarco z mojej książki „Rubinowy Książę”. Ich historia jest fikcją (zresztą to tylko wątek poboczny książki). Mechanizmy, które próbowałam w niej pokazać – już niekoniecznie.

Jeśli lubisz tematykę fantastyki i motyw enemies to lovers, to może spodoba Ci się również mój wywód na temat tego, dlaczego w książkach pociągają nas toksyczne relacje:

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *