Nie każda książka o smokach jest dobra – recenzja „Klątwy smoka”

Dzień dobry, moje drogie ofiary marketingu. Czy po sukcesie Fourth Wing uwierzyliście, że każda książka ze smokami automatycznie dostarczy wam tego samego poziomu napięcia, chemii i emocjonalnego chaosu? Tak? To witajcie w klubie. Siadajcie wygodnie. Zaparzcie kawę. Albo nalejcie sobie czegoś mocniejszego. Ja już swoje wycierpiałam, teraz wasza kolej.

Jak przeglądałam Topkę empiku, to „Klątwa smoka” Elise Kovy od razu rzuciła mi się w oczy. W końcu to miała być epicka opowieść o tym, czy główna bohaterka jest… no właśnie – „Bohaterką” czy przeklętą. Wewnętrzne tragedie, zewnętrzne tragedie, romans z tajemniczym opiekunem/dręczycielem. Brzmi zachęcająco.

Tak zachęcająco… jak wata cukrowa na festynie. Piękna. Różowa. Ustawia się do niej kolejka, a więc pewnie jest warta stania. A potem bierzesz pierwszy kęs i odkrywasz, że zapłaciłaś 30zł za słodkie powietrze.

To książka, która bardzo chce być Fourth Wingiem. Problem polega na tym, że tam było napięcie, konsekwencje, chemia i smoki z charakterem, a tutaj pani Elise najwyraźniej uznała, że wystarczy zamknąć bandę gnojków w jednym budynku, dorzucić odrodzoną bohaterkę i przystojnego chłopa z traumą. No nie wystarczy. Niestety. Dlatego opowiem Wam trochę o fabule, bohaterach i tym świecie, a na koniec w ramach bonusu podrzucę kilka swoich pomysłów na usprawnienia.

Fabuła, czyli „Wszyscy jesteśmy w klatce, ale ja mam najładniejszą bliznę”

Akcja rozgrywa się w Vinguardzie – ostatnim mieście ludzkości. Tak przynajmniej twierdzi autorka, bo logika sugeruje, że przy takiej polityce demograficznej miasto powinno wymrzeć trzy pokolenia temu. To twierdza otoczona murem, w której każdy 18-latek  przechodzi 3-tygodniowy test na to, czy jest przeklęty przez smoka. I o ile dożyje do końca tego okresu, to ma szansę poznać swoją ścieżkę kariery. System HR-owy godny pozazdroszczenia.

Brzmi troszeczkę znajomo?

Oczywiście, bo Fourth Wing też wrzucało nas do brutalnego systemu, gdzie każdy dzień mógł skończyć się śmiercią. Tyle że Basgiath miało sens jako miejsce selekcji, treningu i politycznej przemocy. Tam nikt nam nie wmawiał, że mamy ograniczone zasoby ludzkie i że każdy musi. Tu Vinguard bardziej przypomina dekorację do mrocznego fantasy, które bardzo chce wyglądać na przemyślane, ale czasem zachowuje się jak dodatek zrobiona z kartonu.

W tym kartonie siedzi między innymi Isola, która w wieku 12 lat zabiła smoka używając Eterowego Światła bez pieczęci, za co została okrzyknięta Odrodzoną Bohaterką, która zbawi świat i zabije Starego Smoka (czyli takiego najbardziej przykokszonego). Sama Isola z kolei najwięcej czasu spędza na myślach o tym, że swędzi ją blizna i to na pewno przez to, że jest przeklęta. Dzieje się tak głównie wtedy, kiedy autorce przypomina się o tym, że Isola powinna być wyjątkowa.

W Fourth Wing Violet też jest wyjątkowa, ale jej wyjątkowość wynika z tego, że musi walczyć z własną słabością i systemem, który chciałby ją zmielić na pył, żeby udowodnić, że da radę. U Isoli wyjątkowość jest bardziej deklaracją niż doświadczeniem. Violet miała akcję. Isola ma legendę i paranoję.

Tak też z tą swoją paranoją (i fumfelą) Isola trafia na Trybunał, czyli taki trochę obóz przetrwania dla młodocianych pod opieką Hiszpańskiej Inkwizycji.

W Fourth Wing akademia była brutalna, ale miała własną logikę: trening, rywalizacja, smoki, polityka, śmierć. Tu Trybunał też ma być brutalny, tylko czasem wygląda bardziej jak zestaw prób wymyślonych po to, żeby autorka mogła powiedzieć „patrzcie, jak jest mrocznie”.

Jeżeli spanikujesz…

dźg.

Jeżeli okaże się, że masz smoczą klątwę…

dźg.

Jeżeli autorce zabraknie pomysłu na budowanie napięcia… zgadliście!

dźg.

Jakimś cudem dopiero na Trybunale Isola ma szansę pierwszy raz pogadać z Lucanem, który był zawsze blisko niej, jako podwładny i syn wielebnego Dariusa – arcywroga Isoli (czyli kogoś w rodzaju ichniejszego szefa Hiszpańskiej Inkwizycji, który zasadniczo zdaje się rządzi całym tym grajdołkiem, bo nikogo nad nim już nie ma). I oczywiście na starcie Isola Lucana nie znosi. No bo on ją kiedyś wydał tatusiowi za to, że poszła się spotkać z matką, która jest wrogiem publicznym za szerzenie herezji na temat smoków. No i za to foch na całe życie. Bo wykonał swój obowiązek, a powiedział jej, że jej nie zabroni wizyty z matką. No bo w sumie nie mógł niczego zabraniać Odrodzonej Bohaterce. To by było niezgodne z ich wierzeniami. No ale foch. Na jego korzyść przemawia tylko to, że jest przystojny, ma piękne oczy i mięśnie tak imponujące, że szwy jego koszuli proszą o azyl polityczny.

I tu znowu wchodzi porównanie do Fourth Wing, bo Xaden też był mroczny, przystojny i niebezpieczny. Tyle że on miał własne cele, motywacje i de facto przez więź smoka został zmuszony do interakcji z Violet. Lucan natomiast jest bardziej jak badboy w wersji „soft”: ładny, skrzywdzony, tajemniczy, pomocny i tak bardzo skoncentrowany na ratowaniu Isoli, że flirtuje właściwie wyłącznie przez opatrywanie jej ran swoimi magicznymi zdolnościami (tak, on też to potrafi, ale jakoś jego nikt Odrodzonym Bohaterem nie nazywa).

Wracając jednak do Trybunału… (spoilery) Mamy mechaniczne smoki, głodówki, bieganie po tunelach, tortury, wielkie odkrycie, że całe miasto stoi na gigantycznym cmentarzu, zdrady, śmierć… w finale psiapsi Isoli zamienia się w smoka i za to ginie. Isola zostaje oskarżona do herezję, kiedy próbuje pomóc przyjaciółce. Okazuje się, że Wielebny Darius od początku chciał ją wykorzystać i odebrać jej moc, bo to on bardziej na nią zasługuje. Przebija ją rytualnie mieczem, a ona zamiast zginąć, to… wyciąga miecz i zabija jego. A potem uciekają z Lucanem, który okazuje się… być smokiem, którego niby pokonała w wieku 12 lat. Ale go nie pokonała. On się po prostu przemienił w człowieka. A potem o tym zapomniał. A potem sobie przypomniał, ale uznał, że jej nie powie nic na ten temat. A potem ona się zamienia w smoka, którego jeszcze nikt nigdy wcześniej nie widział. I koniec (zapewne pierwszej części).

Epicko. 

Szkoda tylko, że emocjonalnie przypomina czytanie instrukcji obsługi tostera, bo każdy kto ginie jest dla nas obojętny, a każda rana zadana Isoli… za chwilę jest już wyleczona przez Lucana. Uuu, ważne próby, brutalne doświadczenia… które nie mają absolutnie żadnych konsekwencji.

W Fourth Wing każdy kolejny etap fabuły dokładał coś do napięcia między bohaterami, do świata i do zagrożenia. Tu kolejne wydarzenia po prostu się dzieją. Są. Odnotowane. Przesunięte dalej. Jakby ktoś odhaczał punkty z listy „mroczne fantasy, które powinno działać”. Trochę jakby napisał to AI. Niby wszystko się zgadza, a jednak… czegoś brakuje.

I wiecie co mnie wkurza najbardziej? Do dupy ten ich Trybunał, który miał im pozwolić wykryć każdego smoka, który siedzi w człowieku, skoro do samego końca przetrwały wszystkie 3 smoki, a jednego ubili tylko dlatego, że Isola była za mało delikatna i nie odprowadziła fumfeli do wyjścia.

Bohaterowie, czyli konkurs na najbardziej atrakcyjną deskę

Isola jest klasyczną bohaterką romantasy – wyjątkowa w swej wyjątkowości, dobra, oddana sprawie, nie myśli za dużo… chyba że o swojej bliźnie i o tym, że jest przeklęta i zaraz ją zabiją. Ma złote oczy, bliznę na klacie i dokładnie jedną cechę charakteru: ciągle zastanawia się, co się właśnie z nią dzieje. Przez całą fabułę zasadniczo niewiele się o niej dowiadujemy. Na koniec nie potrafię nawet powiedzieć zasadniczo czego ona chciała? Jaki miała cel? Poza tym, że oczekiwali od niej tego, że zbawi świat. Czy ona w ogóle chciała zbawiać świat? Raczej czuła, że powinna. Mało angażujące.

Lucan z kolei… o nim nie można nawet powiedzieć, że jest typowy. Bo typowy zwykle oznacza coś więcej niż: przystojny i opiekuńczy. To ich hate-love też jest mocno naciągane, bo on właściwie od samego początku jest dla niej miły i próbuje jej wytłumaczyć, że działał zgodnie z zasadami, nic więcej. No ale w miejscu, gdzie każdy może się rzucić do gardła Odrodzonej Bohaterce, która jakoś szczególnie silna nie jest (mimo lat treningów), ona oczywiście pół książki zgrywa się, że wcale nie potrzebuje sojuszu z silnym, przystojnym facetem, który ją leczy.

Pozostałe postacie?

Wielebny Darius? Typowy złol, który jest zły, bo taka jest jego rola.

Fumfela Isoli – Saipha? W Fourth Wing nawet postacie drugoplanowe miały swoje miejsce i potrafiło zaswędzieć pod żebrami, kiedy coś im się stało. Tu Saipha jest bardziej funkcją fabularną niż pełnoprawną osobą. Od momentu, kiedy na początku mówi, że zamiana w smoka, to najgorsze, co mogłoby ją spotkać, a gdyby się zamieniła, to Isolę pożre w pierwszej kolejności… właściwie mamy 100% pewności, że zamieni się w smoka. I zginie.

Logika? Wyjechała na wakacje!

Jest tu niestety sporo aspektów, które nie trzymają się kupy. Pomijając już nawet Trybunał, który niczego nie wykrywa, tylko jest sadystyczną rozrywką Hiszpańskiej Inkwizycji (tu nazywanej Rycerzami Miłosierdzia).

Sam świat nie trzyma się kupy – wyobraźcie sobie, że żyjecie w ostatniej ludzkiej osadzie. Jest Was garstka, a mimo to uważacie, że to ok, żeby wybijać młodzież w trakcie trybunału, który niczego nie zapewnia. Zwłaszcza, że od początku wmawiają nam, że klątwa smoka zdarza się bardzo rzadko. No ale na Trybunale to nie jest jedyne, za co zabijają młodzież. Czasem wystarczy pyskówka. Wyobraźcie sobie świat, w którym nastolatki giną za pyskówkę – ilu z was by przetrwało? xD

No demografia tam się nic cholera nie klei. Zwłaszcza, że jakoś szczególnie dużo dzieci się nie rodzi (Isola np. nie ma rodzeństwa, ma tylko przybranego brata), za to wiele wymiera podczas ataków smoków.

A system magiczny? Niby spoko. Mamy Eterowe Światło i Eterowy Cień. Mamy społeczeństwo, które po ozłoceniu uczy się używania pieczęci, które pozwalają okiełznać Eterowe Światło pochodzące ze Źródła. Pomysł nie jest zły. Trochę wręcz przypomina mi świat „Rubinowego Księcia”, gdzie Światło bogini ludzie mogli magazynować w kamieniach szlachetnych i wykorzystywać w walce. Problem w tym, że u mnie jak się dany kamień wykorzystało, to tracił moc. Jak się kamień straciło, to nawet oczy odpowiedniego koloru nie generowały magii same z siebie. A tutaj mamy jasny system, który… zapomina o tym jak działa, kiedy akurat Isola tego potrzebuje. Wtedy nagle potrafi robić rzeczy, których nigdy nie robiła, nie powinna umieć i nikt jej tego nigdy nie nauczył. I sama przy tym otwarcie mówi, że jeden błędny ruch, a coś może wybuchnąć, albo ktoś może zginąć. Ale YOLO! Jedziemy z tym koksem bez żadnych wcześniejszych prób. Przecież komu ma się udać, jak nie jej?

No dobra, to może chociaż ta Hiszpańska Inkwizycja działa skutecznie? Otóż nie. Okazuje się, że Rycerze Miłosierdzia, ta turbo-elitarna grupa, która strzeże trybunału, tak, że nawet mysz się nie przedrze… nie zauważa, jak matka Isoli odwiedza ją w jej pokoju. No poziom ochrony gorszy niż w osiedlowym Dino po 22. No ale cóż, może akurat zawiesili tabliczką „prosimy nie wchodzić” i poszli nie zwracać uwagi na to, że ich wysoka kapłanka nie ma złocenia na oku. Bo tak – jedna z postaci, które torturują Isolę, która wspięła się po wszystkich szczeblach kariery… okazuje się siostrą Lucana, zrodzoną z popiołów. Ale jakoś nikt poza Isolą tego nie zauważa.

I jeszcze jedno, bo to jako pierwsze uderzyło mnie podczas czytania – ojciec Isoli jest turbo wymiataczem wśród Rycerzy Miłosierdzia. Konstruuje im różne fajne zabawki. I między innymi buduje „wykrywacz klątwy”, akurat wtedy, kiedy na trybunał idzie jego córka. Mimo że wie o jej „wyjątkowości” i tym, że prawdopodobnie przez ten swój wynalazek skaże ją na jeszcze większe tortury. Ale fuck it. Najbardziej rozwaliło mnie to, że wielki super konstruktor zbudował maszynę, która zasadniczo miała sprawić, że trybunał nie będzie już potrzebny. I ta maszyna psuje się akurat w momencie, kiedy wykrywa, że na trybunale jest ktoś z klątwą. I nie da się jej naprawić. E-e, nie ma opcji. Wielki konstruktor nie da rady. On by chciał, ale.. się nie da. Bo by nam to zabiło fabułę.

Podsumowanie

To nie jest tragiczna książka. To nawet nie jest nawet zła książka. To jest książka boleśnie… poprawna. I właśnie dlatego tak łatwo ją porównać do Fourth Wing. Bo obie próbują grać w podobną grę: smoki, mroczny świat, wybrana bohaterka, przystojny chłopak z tajemnicą, brutalny system i emocje na granicy katastrofy. Tyle że Fourth Wing naprawdę umiało z tego zrobić napięcie, a Klątwa smoka częściej tylko zaznacza znajome elementy, licząc, że same się obronią.

Czyta się ją szybko. Zapomina jeszcze szybciej.

To takie… fast food fantasy. Zjecie. Może nawet chwilami wam posmakuje. A godzinę później będziecie się zastanawiać, czy w ogóle coś jedliście.

Książka chciała zionąć ogniem, a skończyło się na letnim oddechu suszarki do włosów.

Bonus – czy dało się to zrobić lepiej?

Tak mnie naszło podczas przygotowywania tej recenzji… a gdyby trochę to pozmieniać?

Gdyby np. zacząć od tego, że Isola zaczyna odczuwać klątwę w trakcie trybunału i coraz intensywniej objawia się w niej smok, którego musi w sobie zwalczyć, bo inaczej zginie? Gdyby rzeczywiście zaczęła sprawiać swoim działaniem, że czytelnik zacząłby martwić się o jej człowieczeństwo? Gdyby zamiast być ciągle ratowaną przez Lucana, musiała za wszelką cenę unikać kolejnych ran, bo to wyzwalałoby w niej Eterowy Cień? Albo inaczej, gdyby Isola była córką swojej matki i od początku konfabulowała z nią przeciwko władzy, twierdząc, że smoki nie są wrogami, tylko istotami Eterowego Światła? Gdyby miała w sobie wolę walki i jasny cel, który chce osiągnąć pomimo przeciwności?

Albo Lucan… gdyby zamiast uczynnym wypierdkiem był… smokiem. Ale gdyby czytelnik był tego świadomy od samego początku i obserwował ich relację pod kątem walki smoka z człowiekiem, gdzie jedno nie może ulec, a drugie za wszelką cenę chce wyzwolić smoka w Isoli i wspólnie przejąć ostatnią kolebkę cywilizacji? Ooo, to brzmi nieźle. Albo jeszcze inaczej – gdyby Lucan walczył między powinnością, a rodzącym się uczuciem? Gdyby ojciec zmuszał go do zadawania ran Isoli, do walki z nią i uczestnictwa w jej cierpieniu? To nadałoby ich relacji romantycznej drugie dno. A tak to była raczej… płytka Żabianka. 

System magiczny – w sumie git, gdyby tylko działał, zamiast uginać się pod potrzebami fabuły. Ale i tak można by go podkręcić. Np. jak na końcu Isola odkrywa, że Źródło jest zbudowane na tysiącach ludzkich kości i poniekąd opiera się na ich energii życia. To bardzo fajny motyw. Gdyby tak w trakcie zaczęło się okazywać, że… Źródło potrzebuje doładowywania. I te trybunały wcale nie są po to, żeby jakąś klątwę wyciągnąć, tylko po to, żeby mieć pretekst do mordowania młodych ludzi z silniejszą energią do zasilania Źródła. Jakby każde użycie magii wymagało takiego doładowania i czyjejś śmierci. Jakby do tego dodać aspekt demograficzny i przeświadczenie Dariusa, że musi coś zrobić szybko, zanim skończą mu się ludzie do mordowania, to też mogłoby przekręcić fabułę w ciekawszą stronę.

Kurczę, chyba mam pomysł na kolejną książkę xD

Także… do zaczytania! :D

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *