Czy słońce, czy deszcz – recenzja “Dziwnej pogody” Joe Hilla

Czy słońce, czy deszcz – recenzja “Dziwnej pogody” Joe Hilla

Beatka dawno nie pisała recenzji, ale... nadeszła pora, by to zmienić. Recenzja została oryginalnie napisana dla portalu poinformowani.pl, ale może wy również będziecie nią zainteresowani.

Joe Hill – sławny syn jeszcze sławniejszego ojca. Porównywany do swego staruszka, a także do takich filarów jak Neil Gaiman. Widocznie literacka atmosfera w domu Kingów mu się udzieliła, bo jego dzieła zdobyły uznanie na całym świecie. A może to po prostu kwestia dobrych genów? Ciężko stwierdzić jednoznacznie, ale można z całą pewnością stwierdzić, że facet wie, co robi.

Po sukcesie StrażakaNOS4A2 przychodzi do czytelników z Dziwną pogodą. Jego kolejna książka to zbiór czterech nowel, które (jak twierdzi sam autor) są jak samo mięso, bo nie ma w nich miejsca na to, co zbędne. Zwięzłością przypominają opowiadania, ale wnikają w rzeczywistość równie głęboko, jak dłuższe kawałki. To wyścigi do najbliższych świateł na skrzyżowaniu. Wciskasz pedał do oporu i mkniesz samochodem narracji poza krawędź urwiska. Żyj szybko i pozostaw po sobie ładne zwłoki – gówniany plan dla człowieka, ale niezły na nowelę. W myśl tego stwierdzenia, dostajemy więc cztery opowieści.

źródło: Wydawnictwo AlbatrosNiektóre afrykańskie plemiona wierzą, że robiąc komuś zdjęcie kradniemy jego duszę i właśnie wokół tego motywu kręci się Zdjęcie. To historia młodego, poczciwego grubaska. Poznajemy go w momencie, kiedy jako trzynastolatek spotyka swoją dawną opiekunkę. Podstarzała Shelly nie bardzo ogarnia już świat. Jej pamięć szwankuje na tyle, że kobieta nie rozpoznaje własnego domu. Demencja – a przynajmniej takie mamy wrażenie, dopóki na scenę nie wkracza tajemniczy Pan Polaroid, który swoimi zdjęciami pozbawia człowieka cząstki wspomnień. Nie wiedzieć czemu uparł się na Shelly i nieśmiały Michael musi odnaleźć w sobie bardzo dużo odwagi, jeśli chce ją obronić. Ta historia skupia się na motywie pamięci i jej utracie. Przez cały czas kibicujemy Michaelowi i wierzymy w to, że Shelly nie zasłużyła na odbieranie jej pamięci. Ale czy na pewno? Jak bardzo jesteśmy w stanie poznać drugą osobę? Czy kobieta, która dla jednego piecze ciasteczka, dla kogoś innego będzie równie miła? Ta krótka opowieść ma wystarczająco dużo słów, aby skłonić czytelnika do przemyśleń. Czy my na starość będziemy mieli o czym pamiętać?

Niektórzy wierzą w zbiegi okoliczności, inni niekoniecznie. Są też tacy, którzy wierzą w emocje, a tymi Naładowany jest przesycony. Nowela, która porusza wiele tematów i chyba najlepiej oddaje myśl autora, że nie ma w niej miejsca na to, co zbędne. Akcja pędzi od pierwszego zdania i przez chwilę można się w niej zgubić. Poznajemy sklepowego ochroniarza - pana Kellawaya - któremu żona odbiera prawo do widywania się z synem bez uprzedzenia. Wszystko się zmienia, kiedy Kellaway zostaje okrzyknięty bohaterem po okiełznaniu strzelaniny w salonie jubilera. Dociekliwa reporterka postanawia zbadać sprawę i dokopać się do całej prawdy o przeszłości nowego, miejscowego herosa. Ta opowieść spokojnie nadałaby się na 600-stronnicową książkę. Sprasowana do noweli pozostawia duży niedosyt. Jesteśmy w stanie zaledwie liznąć wszystkich problemów, między którymi migruje, a to wszystko w atmosferze pożarów ogarniających lasy i serce osoby uznanej za bohatera.

Wniebowzięty zabiera nas w fantastyczną podróż z głową w chmurach. Właściwie to nie tylko z głową, a całym ciałem. Towarzyszymy nieszczęśliwie zakochanemu Aubrey, który dla swej wymarzonej Harriet odważy się skoczyć ze spadochronem. Jego gorące serce potrafi pokonać nawet lęk wysokości i wznieść się w przestworza, a później wylądować... no właśnie. Nie do końca na ziemi. Aubrey spada na dość specyficzną chmurę i zatrzymuje się na niej. Dzięki temu zgłębiamy motyw niespełnionej miłości, która jest równie ulotna i pusta, jak ta chmurka. Po skończeniu tej nowelki człowiek zaczyna się zastanawiać, jak naiwna potrafi być miłość (a raczej zauroczenie).

Jedną z wielkich egipskich plag były spadające z nieba żaby. Jak się okazuje, nie trzeba iść aż tak daleko. W Deszczu spotykamy się wizją apokaliptycznego, zabójczego deszczu. Trafiamy do świata, w którym ludzie boją się wyjść z domów, aby nie zginąć od kolejnego opadu. Jak to zwykle w obliczu kataklizmu bywa, ludzie nagle zapominają o obyczajności, poprawności politycznej i jakiejkolwiek moralności. Zamieniają się w krwawe bestie, a ich zwierzęca natura przejmuje kontrolę. Apokalipsa zaczyna się nie tylko wokół nich, ale przede wszystkich w nich, doprowadzając do upadku człowieczeństwa.

Książka została opisana jako horror, ale ja w niej tego horroru nie odkryłam. Bliżej jej do dobrego thrillera. Wciąga w swój świat, pochłania, wywołuje grozę, skłania do przemyśleń i pozostawia niedosyt po każdej skończonej opowieści. W każdej noweli odkrywamy wiele nienawiści i rozpadu, ale - co ciekawe - każda z nich kipi również przykładami miłości. Miłości do podopiecznego. Miłości do bliźniego. Miłości do sympatii. Miłości, która dodaje siły i miłości, która prowadzi do zguby. Można odnieść wrażenie, że te krótkie historie spokojnie dałoby się rozwinąć do pełnych powieści, a z jednej książki mogły powstać cztery. Może jednak właśnie tak mieliśmy się poczuć? W końcu życie pełne jest niedopowiedzeń i pytań pozostawionych bez odpowiedzi.

Książkę z czystym sercem polecam.

Ogólna ocena: 7/10